Przejdź do treści

Dom za miastem – Jak wybrać?

Patrzę na to już z perspektywy kilku miesięcy. Teraz wybór wydaje się prosty – określa się potrzeby, wymagania, trochę się szuka, czasem się jeździ coś obejrzeć i w końcu się kupuje. Bułka z masłem.

Tym niemniej jest parę kwestii, które pomagają. Jedną z nich jest np. dobór wartości granicznych i wyważenie istotności jednych wobec drugich… i to wydaje mi się teraz kluczem. Nie można mieć wszystkiego. Trzeba się zdecydować co jest dla nas najważniejsze. Gdy jeszcze do tego dochodzi kwestia decyzji wspólnej, w związku, z dziećmi w tle… dużo zmiennych. Nie można się ich jednak obawiać. Aby wybrać dom, który jest Domem, lub może się stać Domem Marzeń trzeba stanąć naprzeciwko tych decyzji wspólnie i je po prostu podjąć. Każde niedomówienie na tym etapie na pewno zemści się z zwielokrotnioną siłą. Trzeba tego unikać, w końcu szukamy Raju.

Jakie były nasze założenia? Na początku zdawało nam się, że Widok, że Widok to jest wszystko! Pojechaliśmy pamiętam wówczas pod Limanową. Zapierało dech w piersiach gdziekolwiek się nie spojrzało. Była jesień. Pogórze oprószone było złotem i bursztynem. Lasy pokrywające stocza już całkiem pokaźnych pagórków mieniły się w zachodzącym słońcu koloru purpury. Bajka. Pamiętam jechaliśmy za Pośredniczką coraz to węższymi drogami, coraz bardziej pod górkę, przez las, łąkę. Wsie przesuwały się niknąc za zakrętem. Pamiętam wiatr, toczył wówczas chmury w szaleńczym tempie po niebie. Było zimno, ale wciąż czuć było resztki lata w powietrzu. Dojechaliśmy. Widok, no Widok był, ale reszta? Rozpadająca się rudera stercząca na osuwisku, 30 współwłaścicieli, milion problemów. Może i był Widok, na pewno było magicznie, ale widziałem oczyma wyobraźni jak nasz ciężko zbudowany (po zburzeniu aktualnego) dom osuwa się w jar głębokości ze 20m. Ziemi było tam ponad 1,5 h, w tym hektar wzgórza w kształcie trójkąta i 50 arów przepaści. Miałem kolejne olśnienie – jak przed zawaleniem się domu, do tej przepaści wpada moje dziecko. Trzeba by stawiać wszędzie płoty. Raj, ale z domieszką piekła. Odpuściliśmy, nawet ten Widok nie obronił miejsca. Nie zmieniło to jednak faktu, że Widok dalej stał wysoko w naszej hierarchii, ale niewątpliwie ustąpił lekko miejsca. 

Drugim aspektem była wielkość działki. Nie chcieliśmy się zamykać w „bloku w poziomie” gdzie sąsiad sąsiadowi zagląda do garnka przez okno. Dla nas posiadanie Domu równało się posiadaniu przestrzeni do życia. Niestety w bliskich okolicach Krakowa (tak do 15-20 km) zakup działki z pięknym Widokiem bez urwisk i takich tam, oraz o powierzchni około 1h wykraczało poza nasz budżet. Znacząco, bardzo znacząco… Zatem powierzchnia działki wraz z Widokiem, które miały wysoki priorytet poluzowały odległość. Ustaliliśmy, że będzie to max 50 km od Krakowa, czyli około 1h jazdy do centrum. 

Minęło znów kilkadziesiąt gigabajtów ściągniętych danych podczas poszukiwania. Znaleźliśmy – 1 hektar, Widok, godzina drogi od aktualnego mieszkania, spoko cena, rozpadający się dom do remontu… słowem ideał. Pojechaliśmy. Okolice Trzciannej. Nie wiem, ale teraz jak na to patrzę to chyba ciągnęło nas na Pogórze Wiśnickie cały czas. Wszystkie domy które oglądaliśmy były w tej okolicy. Może tak wyszło, może parametry to definiowały, ale fakt faktem trafialiśmy cały czas tutaj. Zajechaliśmy na miejsce. Dom był w całkiem niezłym stanie – wyprute wszystko ze środka, nowy dach, gołe ściany, wylana posadzka. Ustawny, po dobudowaniu kawałka i adaptacji poddasza spełniłby nasze wymagania. Teren obejmował starą piwnicę, sad i dużą część otwartego pola. Powyżej nieruchomości, którą oglądaliśmy była działka siostry Sprzedającej, ale widać nie było chemii, bo jak to ujęła – „Ta działka nigdy nie będzie na sprzedaż”. Tym niemniej wróciliśmy do domu nagrzani jak szczerba na suchara. Nie mogłem spać całą noc. To jest to! Widok, przestrzeń, odległość a dodatkowo plastyczność miejsca. Zdawało nam się, że trafiliśmy. Następne dni kopałem w papierach – Plan Zagospodarowania, Księga, sąsiedzi w zakładanej przez nas odległości min. 50m. Coraz bardziej nie mogłem spać. Była już głęboka jesień. Kraków śmierdział spalenizną, rakiem płuc i pylicą. Tknęło nas. Wraz z moim bratem i całą rodziną pojechaliśmy na miejsce. Wybraliśmy się wieczorem, tak aby tam dotrzeć po 19 – jak już wszyscy zaczną palić śmieciami i uranem. Wysiedliśmy i… śmierdziało! Śmierdziało jak jasna cholera, tak jakbyśmy przywieźli Kraków ze sobą. Czuło się co prawda lekki wiatr, ale on niósł ze sobą dźwięk pobliskiej szosy… więc nie dość, że było śmierdząco to i głośno. Wróciliśmy do Krakowa w ciszy i na parę tygodni opadliśmy z sił.